
Niedawno Google pokazało pierwsze komputery Googlebook, czyli laptopy projektowane z myślą o Gemini. W zasadzie pokazano też modele partnerów. Mamy więc urządzenia od Lenovo, Acera, ASUS-a, Dell i HP, które będą pracować pod kontrolą systemu Googlebook OS. Co w takim wypadku z ChromeOS i czy zatem wybór Chromebooka może być błędem?
Chromebooki będą dalej wspierane
Google znane jest z “uśmiercania” swoich produktów i usług, co często jest następstwem wprowadzania nowych rozwiązań. Sęk w tym, że firma najpierw przekonuje o genialności, słuszności i zasadności danego projektu, po czym zwyczajnie go porzuca. Tak właśnie dzieje się z systemem ChromeOS i komputerami Chromebook. Z tą różnicą, że mówimy o częściowym porzuceniu…
Tak, przyszłość komputerów giganta z Mountain View to Googlebooki i to właśnie te maszyny i ten system będą mocno rozwijane wraz z partnerami. Nie oznacza to jednak, że koncern zostawi użytkowników dawnych notebooków samych sobie. Firma podkreśla, że sprzęty będą w dalszym ciągu aktualizowane przez okres wsparcia, a narzędzia dla edukacji i przedsiębiorstw będą w dalszym ciągu aktywne. Co to oznacza w praktyce?
W niektórych przypadkach, po zakupie sprzętu z ChromeOS możemy liczyć na update’y nawet do 2034 roku. Czy zatem wybór Google Chromebooka to błąd? Zdecydowanie nie, bo tak naprawdę za sensowną kwotę dostajemy ciekawy terminal do przeglądania sieci i podstawowych zadań. Na jakie modele warto się zdecydować?
Czym są Googlebooki?
To nieco inne podejście do kwestii komputerów przenośnych giganta. W grę wchodzi wysoka wydajność, charakterystyczna dla ultrabooków, natywne wsparcie sztucznej inteligencji Gemini wraz ze wszelkimi automatyzacjami. Oczywiście mówimy tu także o mocnej integracji ze smartfonami, rzecz jasna - z Androidem.
Przedsprzedaż pierwszych modeli już wystartowała na wybranych rynkach, ale polskie ceny nie zostały jeszcze ogłoszone. Patrząc na to, że Acer, Dell czy Lenovo stosują w nich obudowy z aluminium lub stopu magnezu oraz dotykowe panele OLED - zapowiada się naprawdę ciekawe rynkowe rozdanie. Przynajmniej do czasu, aż wyszukiwarkowy potentat nie zdecyduje się po raz ponowny porzucić swojego dziecka.
Źródło: Google


